Spotkanie 02.04.2017

Witajcie kreatywni!

W ostatnią niedzielę spotkaliśmy się w całkiem pokaźnym gronie. Powitaliśmy również nowego członka, który od razu ośmielił się podzielić z nami swoim talentem literackim. Jego opowiadanie przeniosło nas na chwilę do Rzymu. Z Italii powróciliśmy do Krakowa, aby następnie przeniknąć do onirycznej wizji. Warto nadmienić, że w trakcie spotkania raczyliśmy się brytyjską herbatą.

Różnorodność tematyczna nadesłanych opowiadań sprowokowała dyskusję na temat sposobu narracji. Zestawiliśmy ze sobą opowiadania introspektywne, w których autor koncentruje się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, versus opowiadania behawioralne, w których oceniamy bohaterów wyłącznie po ich zachowaniach i reakcjach.

Widzimy się po świętach Wielkanocnych, 23 kwietnia o 19:30. Temat następnego spotkania: opowiadanie, które nie opisuje ani myśli ani uczuć bohaterów. Zostawiamy wnętrze w spokoju i skupiamy się na tym, o na zewnątrz.

Bądźcie kreatywni i ślijcie opowiadania!

The Nest

A nest was built under some old pieces of cardboard. Two eggs were left in it. They had no idea that someone was peeing at them through a crack in the sheets of cardboard. A woman had just started to tidy up her balcony when she discerned a strange pile of twigs, poking out of the cardboard left there after her moving in. She stopped tidying up and went back to her apartment. Should she throw the eggs away and kill these unborn creatures? Should she wait until they hatch and begin chirping on her balcony? What? She hates those terrible noises produced by birds. She would rather become a murderer than expose her ears to that awful sound.

She found herself on her balcony again. But, instead of throwing the nest into garbage, she reached for her mobile and, on the spur of the moment, took a picture. Then she did what every modern woman would do – she posted it on facebook. Her timeline was enriched with a photo described as “my new condo”.

She did not have to wait long for comments, varying from “Cute”, “How sweet!” to “Make scrambled eggs” and an ambiguous one “Show the pigeon what you can do!”.

In the evening, she was training on her running machine and listening to her favourite music, when her phone rang.

“Darling, I saw this lovely picture on facebook.”

“Mum, what are you talking about?”

“About the nest.”

“Oh.”

“I hope you didn’t destroy it.”

“No. I’ve totally forgotten…”

“Darling, it’s a sign.”

“What?”

“It’s an obvious sign that…”

“Mum, you’re a horoscope freak.”

“…it’s high time you had a baby.”

“A baby? Are you kidding me?”

“An egg symbolises a new life.”

“Yeah, I know. But look at it this way: I’ve just moved to this amazing apartment and begun a new life. That’s it.”

“Darling, both you and I know that it’s…”

“It’s only a pigeon’s nest.”

“… high time you became a mother.”

“I have a job, a loan and plenty of plans for the future.”

“If you wait longer, it’ll be too late.”

“I don’t care. I don’t want to set a cat among the pigeons.”

“I can’t believe that you’re only interested in feathering your own nest.”

“But I AM.”

“How about your boyfriend. Why has he not proposed yet.”

“Because we’re not going to get married.”

“You should. Or else you’ll be left with nothing.”

“Mum, I’m hanging up.”

“Darling, you’ll regret one day that you haven’t got a child and a husband.”

“Don’t you regret that you have?”

“No,” she tried to make her voice firm.

“Are you going to tell me that you love this alcoholic?”

“Yes, I love him,” she tried to control her voice.

“Do you also love your troublesome daughter who has flown the nest and doesn’t want to be nagged at?”

“Of course, I do,” she answered confidently.

“So, you should love your daughter even if she’s a childless bachelorette.”

Fumed with rage, she hung up. She didn’t want to hear her mother’s response. She opened her balcony door and violently uncovered the cardboard. Suddenly, a pigeon flew out. She covered her head with arms. It was only the mother of these two eggs. She grabbed the eggs and put them into her refrigerator. She was going to eat them for breakfast.

 

Urodziny Czapli

Wieczorem czapla siedziała w swoim gnieździe nieśmiało spoglądając na księżyc zza liściastych firanek wierzby płaczącej. Tak kończył się każdy dzień czapli od wielu lat. Nawet nie pamiętała jak dawno zaczęła marzyć o tym, żeby zaprzyjaźnić się z księżycem. „On też chyba jest bardzo nieśmiały” myślała z ekscytacją, kiedy wyglądał zza chmurnej zasłony. Swoje urodziny czapla chciała spędzić jedynie z księżycem. Planowała napisać w tej sprawie list, albo zaproszenie – sama już nie wiedziała. Na pisanie zużyła cały zapas kory z brzozy. Kornik sekretarz przytył w trakcie ciągłego poprawiania listu tak bardzo, że odmówił postawienia ostatniej kropki nad „i” twierdząc, że jeżeli nie zje kolacji przygotowanej przez żonę, to nie ma po co wracać do domu. Pani kornikowa była bowiem bardzo kategoryczna w sprawach obżerania się w pracy. Czapla przeczytała więc ostatni raz list i… pomyślała, że i tak nie ma go jak wysłać. Odłożyła fragment kory. Właściwie nie spodziewała się po sobie niczego więcej. Zazwyczaj wyobrażała sobie różne sytuacje, długo je planowała i starannie przygotowywała a i tak na końcu okazywało się, że pominęła jakiś ważny szczegół, co uniemożliwiało realizację całego przedsięwzięcia. Tęsknym wzrokiem spojrzała jeszcze raz na księżyc i ukryła głowę w piórkach powoli zasypiając.

Tuż po północy czaplę odwiedził wiatr, który jak zawsze chciał jako pierwszy złożyć jej życzenia. Zorientował się, że czapla śpi i już miał wychodzić, kiedy na brzegu gniazda zauważył list. Ponieważ dorywczo zajmował się doręczaniem przesyłek, porwał kawałek kory i pofrunął z nim w górę. Minął ciekawskie chmury, które przeczytały list i ze wzruszenia zaczęły płakać drobnym kapuśniaczkiem. Wiatr zostawił kawałek  kory w jednym z kraterów księżyca i wrócił na ziemię.

Następnego wieczora czapla układała się do snu, kiedy promień księżyca padł prosto na nią. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło i czapla nie wiedziała jak się zachować. Zaczęła nerwowo poprawiać pióro nad lewym okiem, ale to złośliwie odwinęło się w drugą stronę. Księżyc w ogóle nie zwrócił na ten incydent uwagi. Łagodnie oświetlił skrzydło czapli i zaczął ją prowadzić. Szli przez leśną ścieżkę aż nad jezioro, gdzie kwartet świerszczy zagrał dla czapli koncert skrzypcowy Czajkowskiego. Księżyc chciał zamówić „Sonatę księżycową” Beethovena, ale okazało się, że w lesie nie ma ani jednego pianisty. Na talerzu z liścia nenufaru żabi kelner podał czapli pachnącą rybę. Księżyc pozapalał nawet gwiazdy, które żarzyły się na tyle dyskretnie, żeby nie przyćmić uroku jubilatki. Pióra czapli w świetle księżyca były srebrne. Ale wiedziała o tym tylko ona i księżyc. Cała reszta lasu mogła sobie myśleć, że jest siwa. Nie obchodziło jej to.

Wiatr opowiadał czapli kiedyś, że do księżyca trzeba naprawdę długo lecieć. Ale te słowa wydawały się jej kłamstwem. Przecież patrząc na taflę jeziora dokładnie widziała, że księżyc siedzi tuż obok niej – na liściu nenufaru. Zaczynało świtać. Księżyc powoli bladł jakby przykrywając się delikatną kołderką, a czapla przymykała oczy ze zmęczenia. Kiedy się obudziła, słońce jaśniało wysoko na niebie. Czapla spojrzała na swoje pióra i pomyślała z nieśmiałym uśmiechem: „Ach, jak wszystko nierealnie wygląda w tym świetle”.

Marta Riess

 

Spotkanie 19 marca 2017

Kto by pomyślał, że „Gołębie i inne ptaki” to taki wdzięczny temat! Omówiliśmy cztery świetne teksty. Pierwszy dzięki przygodom czapli i jej relacji z księżycem wprowadził nas w bajkowy, poetycko-romantyczny nastrój. Drugi w wyjątkowy sposób ukazał głębię ludzkiej natury i osobowości, wykorzystując przy tym gniazdo jako metaforę domu i rodziny. Kolejny zaskoczył nas porównaniem wibracji telefonu do gruchania, a potem także nieoczywistym zakończeniem. Ostatni został oparty o metaforę tak, jak drugi, ale tym razem chodziło o karmnik, a uwaga została skupiona raczej nie na tym, co się dzieje w domu, ale co może nas spotkać na zewnątrz. To właśnie zmotywowało nas do rozmowy na temat zaufania drugiemu człowiekowi. Ogólnie stwierdziliśmy, że motyw ptaków zainspirował nas do pisania smutnych tekstów – ale i na takie czasem trzeba znaleźć czas, bo od czasu do czasu refleksja się przydaje.

Oprócz tego nie obyło się bez rozmów o innych ważnych i ciekawych sprawach, jak choćby wspomnienia ze szkoły czy warzenie piwa.

Następnym razem spotkamy się 2 kwietnia o 19.30. Tym razem zadanie dla ambitnych: piszemy opowiadania oparte o teksty innych autorów. Prosimy o zamieszczenie dzieła, które stało się inspiracją, lub podanie jego autora i tytułu.

See you soon! Stay creative!

Cisza

Cisza.

The memories of a man in his old age

Are the deeds of a man in his prime

Trzy pokolenia. I trzecie mi się wymyka, jest tuż tuż, ale zniknie zanim pojawi się

następne. Drugie rozumie już, o co chodzi trzeciemu, przyjmuje to chyba z pewną goryczą,

rezygnacją. Ja dotykam ich światów, pojawiam się i znikam, przepływam z coraz większym

szacunkiem. Mój czas płynie zupełnie inaczej, jest poszatkowany, podczas gdy ich upodabnia

się do drzewa, zapuszcza korzenie coraz głębiej i coraz rzadziej zadziera głowę do góry.

Napawało mnie to złością i strachem.

Przecież brak stymulacji jest dość przerażający. Pamiętam, jak w Rotterdamie przechodziłem

pod rzeką, długim, klaustrofobicznym i monotonnym tunelem, który sprawiał wrażenie, jakby

miał nigdy nie wychylić się ku powierzchni ziemi. Podobne wrażenia mam siedząc na

wodoodpornym prześcieradle obok dziadka patrzącego w telewizor. Kiedyś dziadek

powiedział, że nie ma go w domu, więc i tak mu obojętne, jaki widok za oknem. Nie ma go w

domu, no właśnie. Jest to o tyle trafne, co przerażające, ale zawiera w sobie ogromną dozę

świadomości. Jeśli nie ma go w domu, to gdzie jest i o co mu chodzi?

Ja zawsze myślałem, że chodzi o bycie w domu właśnie, może w roli cichego gospodarza czy

obserwatora, który przebija się coraz wyżej, przez kolejne warstwy świadomości. Ale co ja

wiem? Pewnego dnia po prostu nie ma cię w domu. To takie proste.

Zawsze uważałem, że świadoma prostota jest piękna.

Kiedyś tata, czyli przedstawiciel pokolenia Dwa, w moim rachunku, powiedział, że z czasem

wszystko cichnie. Tak, że nawet medytacja przestaje być potrzebna. Ileż można rozważać

swoje cierpienia, na litość?

A może pustka nie jest taka zła i nie ma się czego bać? Może jest po prostu niezrozumiana.

A ja się boję. Jak dziecko przed pierwszym dniem szkoły. Siedzę w pociągu i coś bym

chwycił, zajął czymś wzrok i myśli. Naprawdę ciężko dopuścić do siebie ciszę i jak się nad

tym zastanowić to trzeba się ciągle starać, żeby tego nie zrobić. Cisza czy pustka powinny być

stanem naturalnym. Ale nasze kreacje zrobiły się na tyle bezczelne i rozpasane, że nie chcą

zejść z piedestału ani na moment.

Cicho.

Ile wysiłku wymaga nie zdobywanie, a ogołacanie. Jesteśmy zdobywcami, krzyżowcami

celów i niewolnikami marzeń, na oceanie potrzeb i z wiatrem uczuć w żaglach.

Paradoksalnie, to brak wysiłku wydaje się najtrudniejszy.

Gdybym tylko mógł uwierzyć w ciszę pokolenia Trzy, byłoby mi lżej.

A może jednak?

Może jedynym, co przynosi ciszę i wolność jest śmierć.

W takim razie chwała Konstruktorowi, dobrze że wszystko jest na swoim miejscu.

Unphotographed Memories

There were greenish and yellowish fields passing behind the window. They were not to be walked through in the warm wind. There were some old towns spoiled with modern buildings. They were not to be ever visited in a sunny summer day. There were some pedestrians strolling along the pavements. They were to remain anonymous and unknown to her.

She dropped her gaze and looked at her watch. The bus was to be late. She wished she had power over traffic, other people and, above all, her own life. She wished she were a scriptwriter and director of what was going on around her …

“Jane, you’re not going anywhere,” her mother said firmly.

“Why not? I’m an adult now.”

“The fact that you’ve got an identity card doesn’t make an adult of you.”

“I can also vote and drink and make love.”

“Jane!”

“I’m going anyway.”

“No! You know that you can’t.”

“You’re wrong. I can and I’ll go.”

“You know you shouldn’t.”

“Oh yeah? Why shouldn’t I?” her mother remained silent and Jane went on: “Say it? What are you afraid of? Do you think that if you don’t talk about it, it doesn’t exist, it will disappear or the like?”

… and inside her.

Finally, after an eight-hour journey, the bus arrived in a remote town. It was getting darker and she did not know this place at all. Next to the station, she found a phone box and tried to call a friend of hers. Nobody answered. As she could assume, he forgot to pick her up.

“I invite you to my performance,” he said to a group of friends.

“I’ll come,” she had only recently started to make snap decisions.

Having found a crumpled piece of paper, on which there was a hand-drawn map, she shouldered her rucksack, zipped her autumn jacket and set off. Actually, she could ask about the way in three languages so there was a possibility that she would not get more lost than she had already been.

She was strolling along narrow alleys. There was a black cat sitting on a windowsill. It was piercing her with its luminous eyes as if it knew something about her that even she was unaware of. Just behind the corner, there was a homeless person lying in a sleeping bag. Jane went by carefully and tried not to gaze at him. At the end of the alley, there was a well-lighted market square with a town hall and town houses in a variety of colours. Having reached a fountain, she sat for a while on a bench. At this point, if she were a typical tourist, she should take a few pictures. But she did not have a camera. By the way, she felt that all towns were the same until she could combine them with some memories.

The town hall clock chimed half past seven. A young student wearing wire-framed glasses and a shabby sweat-shirt showed her the way to the theatre. The street was straight but seemed to be lengthening. Time was flying and she would run if she had not been out of breath already.

Despite her great effort, she came late. The bell had rung a couple of minutes ago. She looked around in despair. Seeing a feeble pale girl, the gatekeeper let her in. It sometimes pays to look childlike.

She crept into the dark room and stood in the back. Actually, she could see more standing than sitting. In the next scene, she discerned her friend, who played one of the supporting roles. But it seemed to her that he stood out against the other actors. Did she come for him?

The performance totally engrossed her, dialogues invaded her mind, music penetrated her soul. She was hypnotised by the scenes unfolding in front of her eyes. No, she did not come for him. She came for the experience itself.

“Let’s throw a party!”

She did not protest when a group of actors took her with them. After one glass of wine she felt quite dizzy. Someone was laughing. Someone was taking photos. Someone wanted to pour her more wine. Someone was cuddling up to her. After a few minutes, she felt totally giddy.

Feeling a chilly wind which was making a pass at her, she tried to move her stony legs. She was pretty sure to see some stars in a puddle. Only in a puddle because she could not raise her cumbersome head. She was also quite certain that she was guided by someone.

“Jane, you all right?”

“Dunno,” she managed to mumble.

“I’ve made some tea,” he gave her a smudgy mug.

She drank greedily and did not complain that the tea was sugared, which she normally hated. Definitely, she needed some sugar. After a while she was able to take a look at the room where she happened to come round. It was lighted with a lamp, there were lots of posters on the walls, a pile of vessels in the sink, a guitar in the corner and a radio next to the bed. Her head was still throbbing and spinning around. But she could recognize a friend of her sitting on the edge of the bed.

“Is it your place?”

“Yeah.”

“Sorry that I ruined your evening.”

“You didn’t.”

“But you had to leave and take me back.”

“I didn’t. You could sleep there on a couch.”

“So, why are we here?” she tried to prop herself on her elbows.

“I…I…it’s rather personal.”

“What do you mean by that?” she felt more sober at once.

“I don’t know how to talk about it.”

“Imagine that you act on the stage and it’s only your role.”

“Ok. So, actually, it’s quite dramatic.”

“I’m all ears,”

“I’ve fallen in love with…” he hesitated. “An actress. She played Blanche.”

“Oh. She was amazing.”

“Yeah. She is always amazing. She was at the party. But she was kissing with another actor. Actually, he is my roommate. Don’t worry. He’s not going to sleep here. Perhaps he’s not going to sleep much tonight.”

“I see…”

Should she also bare her soul to him and brag that her life was more theatrical than an ordinary one? It seemed to be a perfect occasion to act with absolute honesty. Suddenly, she felt overcome by a feeling of nausea and threw up on a dusty floor.

Next day she had to go back to her everyday reality. Her stage was a well-beaten path. Her dialogues were seriously limited and repeatable. The script of her life was deprived of any breath-taking moments.

One day she received a letter from her friend. She opened it with both curiosity and anxiety. It turned out that he sent her a few black-and-white pictures from her memorable visit.

A group of actors was posing in front of the theatre and she was among them, on the right, between two handsome men. They were having a party after their performance and she was there too, between those who played Stella and Stanley. A friend of her, who played Euinice, was singing something with the others. What did they sing? They may have been pretending. It was only a photo.

In one picture, she was kissing with Mitch – she did not know his real name. Ok, it was only a pretend kiss. They were kissing an empty wine bottle from the opposite sides. They were only acting. Still, she got a picture of her first kiss.

That town was no more an anonymous and unfamiliar place. It evoked memories and she could even keep them alive in photographs. She could if they were ever real. She might if she were still alive.

Spotkanie 5 marca 2017

Na niedzielnym spotkaniu omówiliśmy sześć tekstów. Oczarowani opowieścią Ursuli Wills-Jones prezentującą „zamiataczy czasu” („time-sweepers”) z entuzjazmem przeszliśmy do naszej twórczości. Pojawił się skrócony zapis myśli, ciekawie ukazujący działanie ludzkiej pamięci, i opowiadanie o podróży na spektakl, które wywołało długą dyskusję na temat głównej bohaterki. Nie zabrakło wyjątkowych interpretacji. Pod krytyczną lupą położyliśmy także artystyczną relację z koncertu oraz tekst o ciszy i różnicach pokoleniowych. Tak więc było trochę teatralnie ze względu na motyw przewodni „Życie to nie teatr”, a trochę w innych klimatach. Dla każdego coś dobrego.

Następne spotkanie zaplanowaliśmy na 19 marca na 19.30. Temat wykluł się z dygresji o balkonie i gołębiach, zatem: „Gołębie i inne ptaki”. Życzymy wszystkim weny i kreatywnego polotu! Do zobaczenia!