Pod niebem pełnym cudów

– Tego większego, tam.

– Ciii… Szlag.

– Dajesz dajesz!

– Jest, chyba mam!

– Doobrze!

Staliśmy w oknie. Zaczynała się wiosna, ale wnętrze dziedzińca kamienicy było brudne i zacienione. Drewniana rama okna skrzypiała i co chwila sama się zamykała. Rzuciłem wiatrówkę Kropowi, przeszedłem przez okno, zwieszając się z niego na rękach i opuściłem się na blaszany dach.

Drugi strzał. Gołąb przestawał drgać kiedy do niego dotarłem. Pamiętam jak Kasia chciała rzucać w nie mokrymi zbitkami papieru, jeszcze jak mieszkałem na Wielopolu, w podobnej kamienicy jak ta. Chociaż pewnie powiedziała to, żeby mnie wkurzyć, bo żal mi zwierząt. Jak widziałem w kiblu jakiegoś robaka to wynosiłem go na zwitku papieru, bo pewnie ktoś zdeptałby go butem nie zastanawiając się nad tym przez chwilę. Teraz nie muszę się już raczej troszczyć o robaki, poradzą sobie. W naszych dyskusjach światopoglądowych przy piwie z Kasią, Agatką i Kamilem zazwyczaj docieraliśmy do momentu, w którym Agatka stwierdzała, że świat byłby lepszy bez ludzi, bo tylko wszystko psujemy. „A może to robaki hodują nas na paszę” – rzucał Kamil, nie wiadomo czy bardziej żeby jej zawtórować czy nabijając się. A może coś pomiędzy. Gdybym miał zastanawiać się nad tym serio uznałbym to wszystko za brednie, ale w tym momencie nie mogłem nie pomyśleć, że Agatka byłaby zachwycona. Triumf natury nad kulturą.

Do tego czasu zdążyłem już spakować truchło-obiad do foliowej siatki z Auchana (biodegradowalna!), siatkę do plecaka z wiecznie naderwanym ramieniem (a było znaleźć krawca kiedy była jeszcze możliwość. Gdzie ja teraz znajdę krawca? Jasne, sam sobie to przyszyłem, ale wyszło mi jak wyszło. Inżynier-artysta), a plecak na plecy i rura z powrotem. Gołębie się pochowały od strzału, nic tu po nas. Krop siedział na parapecie i palił papierosa.

– Stary, broda ci będzie od tego jebała.

Tylko wzruszył ramionami. Kiedyś palił bardzo sporadycznie, przynajmniej z tego na ile się orientowałem. Zawsze miał za to taki sam styl siedzenia, a palenie tylko wzmagało efekt. Rozpierał się swobodnie, ni to kot, ni to pająk, zagarniał miękko przestrzeń, długie kończyny leżały albo zwisały lekko ugięte, jakby nigdy nie wiedział co to znaczy się spieszyć, jakby zastygł nieco zdziwiony czymś co przyszło mu do głowy. Taki czujny marzyciel, leniwy, ale dostojny. I lekko uśmiechnięty. Ta kropowatość była przyjemną kotwicą. Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Wciągnął mnie do góry.

– No, to co robimy dziś? Wczoraj było chilli con carne. To dzisiaj…

– Mam ochotę na coś indyjskiego.

– Stary, pamiętasz tę wietnamską knajpkę, czy jakąś taką. Z tym chlebkiem, chyba nu?

– No, zajebiste to było. To ja dzisiaj proponuję orientalne ptactwo w zalewie z trawy cytrynowej, okraszone owocami granatu, z marmoladą z marakui i przyprawami korzennymi.

– Ja nie wiem, nie wiem. Czy twoja marna propozycja zadowoli moje przyzwyczajone raczej do wznioślejszych przeżyć podniebienie?

Wyszliśmy na ulicę. Ale cicho. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić.

– Teoretycznie mam jeszcze kartę miejską. Ja się pytam, na co idą moje piniądze?

– Musisz napisać do MPK.

– Szkurwa. Krops. Powiedz ty mi, zbijamy stąd jutro? Mamy prawie wszystko.

– Noo, pasowałoby. Ale spoko się było przejechać.

Niedługo doszliśmy na miejsce. Po co brać auto, pogoda robiła się ładna, smogu już prawie nie było. Poszliśmy prosto na dach. Nazywaliśmy to robieniem Makłowicza. Gotowanie na świeżym powietrzu, z widokiem na Kraków. Pod pewnymi względami bywało w życiu znacznie gorzej.

Zostało nam jeszcze trochę drewna, garnek był na swoim miejscu. Mieliśmy wszystko, co potrzebne, tylko trzeba było obrobić ptaki. Jedną z zasad jaką wprowadziłem i jakiej z dumą trzymałem się w związku była ta, że to ja kroję mięso. Kasia raz miała faceta, który się tego brzydził i kazał jej oczyszczać kurczaka czy coś takiego. Odnosiłem więc raz po raz swoje wzmacniające ego zwycięstwa nad drobiem i wznosiłem się na wyżyny męskości, atawistycznie, acz finezyjnie siekając doczesne szczątki różnych zwierząt. Byliśmy razem szczęśliwi. Raz na czas przychodzą mi do głowy takie skojarzenia. Dzięki temu mniej skupiam się, na przykład, na flakach gołębia, panie, świeć nad jego duszą. Jako tako go oczyściłem. Nie musi być idealnie. Podsmażyliśmy go z jakimiś resztkami znalezionych przypraw. Miałem jeszcze trochę kaszy przy sobie i wyszło z tego prawie znośne, prawie kaszotto. Zawsze byłem fanem potraw jednogarnkowych, ale sprawa jest taka, że mięso ma bardzo wyrazisty smak, tym bardziej jeśli ten smak nie ma za bardzo z czym konkurować. Jakby zapytać  kiedyś przeciętnego krakusa, jak myśli, jak smakowałby gołąb, pewnie jego odpowiedź oscylowałaby wokół przedmiotów takich jak gumowy klapek utaplany w błocie z budowy. Nie wiem czy aż tak źle, ale nie można powiedzieć, żeby smakował dobrze. W końcu te zwierzęta nie mają najlepszej diety, powietrze też idealne nie było. Ale nie ma co narzekać.

– Nie dałeś mi w końcu tej książki.

– Wiem. Mam ją na dole. A mój miecz?

– Możemy jutro podjechać. Naprawdę chcesz ten miecz?

– Czemu nie? To mój prezent na urodziny.

– Dobra, to wezmę swoją szablę i możemy się z leksza ponakurwiać.

– Stare dobre czasy.

– No nie?

Zapadał zmrok. Zaczęły pojawiać się gwiazdy. Przyznaję, bywam sentymentalny. Owinęliśmy się kocami jak dwa pagurki porośnięte połyskliwym mchem. Jak widok z innego świata. Tęsknię za tatą, za Bubą, za Kasią. A szlag by to jasny trafił.

Rzuciłem kamień z całej siły przed siebie. Zadudnił o blachę, a dźwięk poniósł się echem wkoło.

– Ty chory pojebie, zadzwonię na policję i wsadzą cię za niszczenie mienia publicznego!

– Krops! Ty wiesz co by siadło teraz? Piwo.

– Oj, piwo…

– Nie trafisz.

Rzucił. Też nie trafił. Powybijaliśmy tam prawie wszystkie okna w zasięgu rzutu. Dobra zabawa, podnosi sprawność motoryczną, celność, koncentrację, pokorę. Rozwija ducha i ciało, daje możliwość nieskrępowanego wyrażania uczyć w kontakcie z własnym ciałem. Powinni to byli stosować w ramach zajęć terapeutycznych.

Siedzieliśmy na dachu, owinięci w koce. Gołębie trawiły się już pewnie w naszych żołądkach. Czułem jak drętwieje mi tyłek, ale nie chciałem nigdzie się ruszać. Ani przerywać ciszy. Noc wisiała nad nami, otulała nas, podziurawiona światłem. Była w tym wszystkim jakaś harmonia.

– Nie zrobiłem się przez to bardziej religijny.

Nie odpowiedział. Usiadłem ostatnio w konfesjonale w kościele Mariackim. Nigdy nie siedziałem w konfesjonale po tamtej stronie. To było trochę perwersyjne, czułem się jak intruz i nie mogłem wysiedzieć nawet minuty. Zawsze lubiłem kościoły, szukałem tam ciszy, lubiłem usiąść i patrzeć jak zachowuje się przestrzeń. W zależności od tego, jak był zbudowany, albo stała, albo wirowała, albo zasysało ją do góry. Serio. Ale w tym konfesjonale poczułem się nieswojo. W ogóle w kościele. Może kiedy wszędzie wokół było cicho, nie potrzebowałem już zamykać się, szukać izolacji. Teraz moja bańka introwertyka miała kilka czy kilkanaście kilometrów średnicy. Byłem samotnym panem przestrzeni. Mogłem gadać z Bogiem gdziekolwiek.

– Krops, czy kiedy położymy już fundamenty nowej cywilizacji, postawimy sobie pomniki?

– Wiśniowski, ciebie już do reszty popierdoliło.

– Wiem. Mój będzie spiżowy. Horacy chciał trwalszy, ale ja jestem skromny, prosty chłopak z Bochni. Ale nie postawię go na rynku, bo tam stoi Kazek. Zbuduję sobie nowy rynek.

Krops się zaśmiał. Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Nie było co mówić. Wiedzieliśmy w miarę, co myślimy, czego pragniemy i za czym tęsknimy. Jedyne co nam pozostało to zanurzanie się w codzienności przerywane próbami zakpienia z niej, rzucania jej wyzwania kiedy akurat nie patrzy, jak dziecko robiące miny do nauczyciela, ale tylko kiedy ten stoi do niego plecami.

Następnego dnia zabierzemy rzeczy i wrócimy do siebie. Weźmiemy się do roboty. Jakby nie patrzeć, koniec świata okazał się najbardziej prozaiczną rzeczą. Odarł nas z odrobiny komfortu i zmusił do pogodzenia się ze stratą, to prawda. Chyba brakuje mi w tym wszystkim jakiejś wzniosłości. A może nie tyle brakuje mi, co sam ją utraciłem i nie wiem skąd miałaby pochodzić. Zostaliśmy pustelnikami. Literaturę, intymność i aspiracje życiowe zredukowaliśmy do spania, srania i żartów na temat koszerności następnego obiadu. Prawdziwa twarz przetrwania. Chyba robię się zgorzkniały.

Przed pójściem spać staję jeszcze na ściance attykowej. Pode mną jakieś 20 metrów powietrza i 20 centymetrów kostki, która niechybnie odesłałaby mój wspaniały aparat poznawczy w samo oko niebytu. A w górze Wielki Wóz. Owoc milionów lat ewolucji, stoję na dachu i dostrzegam wzorce w jasnych punktach na niebie. Wdycham długo powietrze. Odwracam się do Kropa.

– Kima, nie?

– Kima.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s