Kwiaty dla Słowika

Wchodzę do pokoju.

bum, bum, bum

Od samych drzwi słyszę rytmiczne uderzenia, nie widzę jednak ich źródła. Wszędzie tłoczy się masa ludzi, ale wydaje mi się, że na środku jest nieco luźniej. Podchodzę bliżej i rzeczywiście, tłum się nieco przerzedza. Docieram do czegoś na kształt sceny, gdzie siedzi facet i wali zdechłą rybą w bęben. Śmierdzi od niego rybą i dźwięk jest irytujący, więc przeciskam się jeszcze raz przez ludzką masę i idę dalej.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

Nadal słyszę ziomka od ryby, w tym pokoju dla odmiany jest pusto, więc jeszcze z echem. Ściany wyglądają na powykrzywiane. Pewnie na szybko robili i nierówno położyli regipsy. Poza tym w sali jest pusto, żadnych eksponatów, żadnych zwiedzających. Nie zastanawiam się nad tym i idę dalej.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

Tym razem coś ciekawszego. Na środku stoi pani z cyckami na wierzchu, gapi się na nią jakiś dziadzio i się ślini. Nie jestem pewien czy dziadek jest częścią dzieła, czy tylko widzem. Pani całkiem ładna, więc przystaję na chwilę żeby popatrzeć. Dziadek nie zwraca na mnie uwagi, ale i tak czuję się przy nim nieswojo. Słyszę za sobą jakieś dźwięki, do pomieszczenia wchodzi grupka japońców ćwierkając coś do siebie. Przyleciał za nimi słowik i też ćwierka. Azjaci, jak to Azjaci, robią zdjęcia, cyckom, dziadkowi i ślinie. Po chwili również słowikowi.

Zrobiło się dziwnie, więc wychodzę.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

Orientuję się, że poprzednio nie słyszałem ryby, pani mnie rozproszyła i nie zwróciłem uwagi. Teraz znowu słychać, trochę mi szkoda zwierzęcia, ale co tam. Ziomek kupił rybę żeby nią walić w bęben to nich wali, jego prawo.

Kolejne pomieszczenie jest prawie całkiem puste. Na środku leży tylko dywan, a w kącie pies robi kupę. Dobrze, że nie na dywan, myślę. Pies kończy i pyta czy miałbym może papier pożyczyć. Nie mam, więc przepraszam i wychodzę, nie chcąc mu więcej przeszkadzać.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

W tej sali niewiele widać, wszędzie wisi pełno papierowych firanek, albo czegoś podobnego. Gdy się między nimi przeciskam przylatuje słowik i siada mi na ramieniu. Pewnie ciężko mu latać w takich warunkach. Prawdopodobnie w podzięce za transport ćwierka mi do ucha zagłuszając nieco rybę. Jestem mu wdzięczny, bo ryba zaczyna mnie już poważnie irytować. Pomiędzy firankami zderzam się z kartonowym wielorybem. Przepraszam go, ale mi nie odpowiada. Pewnie nawet nie poczuł, ani nie usłyszał. Po długich zmaganiach wyplątuję się wreszcie z papieru. Tyle go tu wisi, a psu by się pewnie przydał, tyłek by miał chociaż czysty. Spoglądam przez ramię, ale nie chce mi się wracać żeby mu o tym powiedzieć. Trochę mi z tym głupio, ale pewnie już sobie jakoś poradził. Może nawet znalazł tą salę.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

Głowa mnie już boli. Skarżę się słowikowi. Odpowiada, że jego też. Chce żebyśmy stąd spadali. Zgadzam się bez namysłu, to nie jest dobre miejsce, na mieście będzie przyjemniej. Przeskakuję rzeczkę moczu płynącą przez środek pomieszczenia i szukam tabliczek prowadzących do wyjścia. Wychodzimy szybko przez drzwi ewakuacyjne. Gdy tylko ryba przestała walić od razu mi lepiej.

— Może kwiatka dla ptaszyny? — pyta mnie przechodząca babuszka. W rękach trzyma bukiet przywiędłych róż.

Uśmiecha się do mnie bezzębnym uśmiechem, w jej mniemaniu prawdopodobnie zachęcająco. Odmawiam, więc odchodzi. Patrzę na słowika. Może chciał tego kwiatka? Nie wiem czy chciał. Po co słowikowi kwiatek? Zastanawiam się, ale słowik nie wygląda na zainteresowanego roślinkami, więc daję sobie spokój.

Spacerujemy przez chwilę ulicami. Całkiem spoko ten słowik myślę patrząc na jego niewielką sylwetkę obok. Coś poćwierka, coś poskacze, nic nie rozumiem, więc nawet jak mnie obraża to mi nie przeszkadza. Zapraszam go na piwko. Zgadza się chętnie i idziemy do baru.

— Może kwiatka dla ptaszyny? — pyta barman wskazując na jakieś badyle przy ladzie. Odmawiam odruchowo i zamawiam dwa piwa. Siadamy przy stoliku i w milczeniu sączymy napój.

— Chciałeś tego kwiata? — pytam w końcu, przerywając ciszę.

Słowik patrzy na mnie. Chyba nie zrozumiał o co mi chodzi. Ja tam wolę piwo od kwiatków, więc uznałem, że on też. Tyle, że to słowik. Kto zrozumie słowika? Oboje wypiliśmy po piwie. Pytam czy chce drugie. Słowik ćwierka w odpowiedzi, więc pewnie chce. Zastanawiam się gdzie on to mieści, skubany jeden?

Wychodzimy po drugim piwie. Płacę za siebie i za słowika. Widać, że mu z tym głupio, ale pewnie nie ma kasy bidulek.

— Może kwiatka dla ptaszyny? — Tym razem to jakiś bezdomny siedzący pod murem. Koleś ty nawet nie masz żadnej roślinki w pobliżu. Zostawiam go bez słowa.

Pytam słowika czy do mnie wpadanie na mieszkanie. Odpowiada, że musi lecieć, ale że jutro albo pojutrze najpóźniej i że w ogóle na pewno. Żegnamy się więc i słowik odlatuje. Patrzę za nim dopóki nie zniknie mi z pola widzenia. Tracę chwilę na otrząśnięcie się z zamyślenia i wracam do domu. Po drodze spotykam rybę z obitą mordą. Zabrałbym ją do domu, ale co mi ze zdechłej ryby? W ogóle to nie lubię ryb. Wolę słowiki. Nie lubię wciskania mi zwiędłych kwiatów. Nie lubię powierzchowności. Nie lubię ostentacji. Nie lubię obojętności. Nie lubię kartonowych wielorybów. Wolę psy, które nie srają na dywan i chcą mieć czysty tyłek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s