Spotkanie 11 czerwca 2017

Najpierw dobra wiadomość czy zła? Ok., w takim razie zacznę od złej. Niestety to już ostatnie spotkanie w tym semestrze. Co z tą dobrą? Udało nam się spotkać w całkiem sporej grupie. O mały włos, a zabrakłoby krzeseł.
Omawialiśmy opowiadanie Raya Bradbury’ego „All Summer in a Day”, które  w pewnym sensie podsumowało nasze rozważania na temat apokalipsy i dystopii.
Na spotkanie zostały przesłane dwa teksty: współczesny dramat z drugim dnem (lub tylko jednym, w zależności od interpretacji) oraz opowiadanie (albo po prosru tekst) naśladujące montaż równoległy.
Spotkanie obfitowało w dygresje na temat samoświadomości (Czy możemy stwierdzić, że inni naprawdę istnieją? Czy ktoś nami steruje?), sztuki (Co to pojęcie oznacza? Czy sztuka aby na pewno istnieje?), ekspresji (Czy jesteśmy niejako skażeni antropocentryzmem? Dlaczego współcześni malarze nie podpisują się na obrazach?). Te i wiele innych pytań zostało zadanych, ale niekoniecznie doczekało się odpowiedzi. Wierzymy jednak, że warto jest mówić sobie „nie wiem”, stawiać pytania, wymieniać się opiniami i, tym samym, stanowić dla siebie nawzajem źródło natchnienia.

Mamy nadzieję, że do zobaczenia po owocnych wakacjach, z których przywieziecie barwną paletę inspiracji.

Spotkanie 21.05.2017

W niedzielę w kameralnym gronie omówiliśmy trzy teksty. Pierwszym z nich było opowiadanie E. A. Poe pt. „Beczka Amontillada,” dzięki któremu zobaczyliśmy m. in. jak można prowadzić narrację bez wyjaśniania wszystkich szczegółów, jak ciekawie wykreować przestrzeń jako tło działań bohaterów oraz jak zbudować intrygujące dialogi. Potem przeszliśmy do naszej twórczości. W dyskusji na temat drugiego tekstu poruszyliśmy temat ruchu postaci oraz zdefiniowaliśmy pojęcie „niedorozwinięcia” utworu (jak zawsze życzliwie i konstruktywnie). Drugie opowiadanie pobudziło nas do refleksji o Facebooku i komunikacji internetowej. W jego kontekście zastanawialiśmy się także nad relacjami pomiędzy studentami oraz  nad tym, jak przedstawić postać, by opis nie był ani za długi, ani za krótki.

Na nasze, niestety, OSTATNIE spotkanie w tym roku akademickim zapraszamy za TRZY tygodnie 11 czerwca na godzinę 18.30. Luzujemy się już przed wakacjami, więc temat jest dowolny. Przyjdźcie koniecznie!

Stay creative!

Spotkanie 07.05.2017

Oprócz trzech opowiadań nadesłanych na dzisiejsze spotkanie, dyskutowaliśmy również o kinomatografii, w szczególności o filmach Wesa Andersona. W odniesieniu do stylizacji, któa miała być motywem przewodnim nadesłanych tekstów, wspomnieliśmy o postaci Charlesa Bukowskiego. Wśród opowiadań znalazło się jedno, które opisywało relacje rodzinne bez wnikania w psychikę i uczucia bohaterów. Drugie było swego rodzaju pastiszem baśni osadzonej w fikcyjnym świecie. Natomiast trzecie opowiadanie przedstawiało człowieka, który neguje wszelkie aspekty rzeczywistości i zachowania przypadkowo napotkanych ludzi.

Następne spotkanie odbędzie się 21 maja o godz. 18:30. Temat przewodni brzmi: „niejednoznaczny czarny charakter”.

A Nasty Hangover

„Guys’ll be at 8,” he says.

„Ok,” she murmurs.

Lunch. Attempts to study. Throwing rubbish. Tries at doing something important. A look at fashion websites. Dinner. Attempts to study. Another look at fashion websites. Washing-up.

“Guys’ve just called. They’ll be late.”

“Ok.”

Attempts to study. Making tea. Still another look at fashion websites. A sip of tea. A look at facebook. Tries at doing something important. A sip of tea. The doorbell ringing.

„Hi! It’s us.”

Hellos and introductions. Though names were exchanged, some of them would be forgotten in a few seconds. Putting bottles of beer into the fridge. Arranging chairs. Enlarging a table. Finally, everyone seated. Perhaps not particularly comfortably but still.

“How about playing a game?”

Choosing a game. Checking mobile phones. Laying out a board game. A beep of a Facebook message. Explaining the rules. An SMS ringtone. Laughing. Choosing pawns. Taking a look at mobiles. Changing the pawns.

„Let’s order a pizza!”

Calling pizza delivery. The address repeated three times. Taking bottles of beer out of the fridge. Where’s the opener? Playing the game. Waiting for the pizza. Drinking beer. Trips to the bathroom.

The doorbell sounding! Pizza! A huge box, garlic sauce, ketchup, plates. Beer spilled on the floor. Where’s a rag? Cleaning the floor. Carrying on with the game. Touching cards and pawns with sticky hands. Drinking beer.

“Bye.”

“See ya!”

Clearing away the game. Tidying up the room. Still half-cut. Throwing away leftovers. Cleaning. Still tipsy. Washing-up. A hot bath.

Suddenly. A wave of nausea. A flat bed. A swinging head. A soft pillow. A turning stomach. A duvet pulled over.

Some dwarves are encircling her bed. One of them wears a cop hat, another a papal mitre, still another a top hat. There is also one bald. The dwarves jeer at her, shouting “party!”, “beer!”, “enjoy!”, “cheer up!”. They are pointing fingers at her, holding bottles of beer, proposing a toast. A deafening noise of clinking glass. They are pouring beer into her mouth. A pricking sensation in her throat. Beer drowns her. They are undressing her. A stabbing pain in her abdominal. Dwarves are dancing around her. They are dancing faster and tighter and faster and tighter. They are squeezing her like a juicy apple, wringing her like a soaked rag and crushing her as if she were a dry leaf.

Daylight. Raising eyelids. A dull headache. Where’s her nightie? Giddiness. Where’s her dressing gown? Sudden stomach cramps. Water, please! Lifting her head.  A dizzy spell. No way. Back in the bed.

“Why did I drink so much?”

“Dunno,” he says.

“Sorry that I drank so much.”

“Never mind.”

“But I should’t’ve behaved like that.”

“Hmm?”

“I’m hopeless at hanging around with people.”

“Yeah. You’re a moody cow,” he smiles.

“You too.”

 

Spotkanie 23.04.2017

Na wczorajsze spotkanie nadesłaliśmy trzy teksty: dwa opowiadania (jedno po polsku, a drugie po angielsku) oraz wiersz. W związku z pierwszym utworem znów mówiliśmy o gołębiach :) Drugi i trzeci zmotywował nas natomiast do przemyśleń na temat tego, co ludzkie i co nie jest nam obce. W dyskusji pojawiły się spostrzeżenia dotyczące m. in. trybu życia, osobowości i relacji. Oprócz tego poruszyliśmy wiele innych tematów jak np. muzyka, unifikacja i chęć wyróżniania się oraz języki na świecie. Rozmowa płynnie przeciągnęła się do późna, dzięki czemu nasz wieczór można uznać za naprawdę udany.

Następne spotkanie już za dwa tygodnie: 7 maja o 18.30. Przysyłamy teksty stylizowane na inne dzieła: może być gawęda szlachecka, język Jedi – cokolwiek się komukolwiek zamarzy. Do zobaczenia!

Pod niebem pełnym cudów

– Tego większego, tam.

– Ciii… Szlag.

– Dajesz dajesz!

– Jest, chyba mam!

– Doobrze!

Staliśmy w oknie. Zaczynała się wiosna, ale wnętrze dziedzińca kamienicy było brudne i zacienione. Drewniana rama okna skrzypiała i co chwila sama się zamykała. Rzuciłem wiatrówkę Kropowi, przeszedłem przez okno, zwieszając się z niego na rękach i opuściłem się na blaszany dach.

Drugi strzał. Gołąb przestawał drgać kiedy do niego dotarłem. Pamiętam jak Kasia chciała rzucać w nie mokrymi zbitkami papieru, jeszcze jak mieszkałem na Wielopolu, w podobnej kamienicy jak ta. Chociaż pewnie powiedziała to, żeby mnie wkurzyć, bo żal mi zwierząt. Jak widziałem w kiblu jakiegoś robaka to wynosiłem go na zwitku papieru, bo pewnie ktoś zdeptałby go butem nie zastanawiając się nad tym przez chwilę. Teraz nie muszę się już raczej troszczyć o robaki, poradzą sobie. W naszych dyskusjach światopoglądowych przy piwie z Kasią, Agatką i Kamilem zazwyczaj docieraliśmy do momentu, w którym Agatka stwierdzała, że świat byłby lepszy bez ludzi, bo tylko wszystko psujemy. „A może to robaki hodują nas na paszę” – rzucał Kamil, nie wiadomo czy bardziej żeby jej zawtórować czy nabijając się. A może coś pomiędzy. Gdybym miał zastanawiać się nad tym serio uznałbym to wszystko za brednie, ale w tym momencie nie mogłem nie pomyśleć, że Agatka byłaby zachwycona. Triumf natury nad kulturą.

Do tego czasu zdążyłem już spakować truchło-obiad do foliowej siatki z Auchana (biodegradowalna!), siatkę do plecaka z wiecznie naderwanym ramieniem (a było znaleźć krawca kiedy była jeszcze możliwość. Gdzie ja teraz znajdę krawca? Jasne, sam sobie to przyszyłem, ale wyszło mi jak wyszło. Inżynier-artysta), a plecak na plecy i rura z powrotem. Gołębie się pochowały od strzału, nic tu po nas. Krop siedział na parapecie i palił papierosa.

– Stary, broda ci będzie od tego jebała.

Tylko wzruszył ramionami. Kiedyś palił bardzo sporadycznie, przynajmniej z tego na ile się orientowałem. Zawsze miał za to taki sam styl siedzenia, a palenie tylko wzmagało efekt. Rozpierał się swobodnie, ni to kot, ni to pająk, zagarniał miękko przestrzeń, długie kończyny leżały albo zwisały lekko ugięte, jakby nigdy nie wiedział co to znaczy się spieszyć, jakby zastygł nieco zdziwiony czymś co przyszło mu do głowy. Taki czujny marzyciel, leniwy, ale dostojny. I lekko uśmiechnięty. Ta kropowatość była przyjemną kotwicą. Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Wciągnął mnie do góry.

– No, to co robimy dziś? Wczoraj było chilli con carne. To dzisiaj…

– Mam ochotę na coś indyjskiego.

– Stary, pamiętasz tę wietnamską knajpkę, czy jakąś taką. Z tym chlebkiem, chyba nu?

– No, zajebiste to było. To ja dzisiaj proponuję orientalne ptactwo w zalewie z trawy cytrynowej, okraszone owocami granatu, z marmoladą z marakui i przyprawami korzennymi.

– Ja nie wiem, nie wiem. Czy twoja marna propozycja zadowoli moje przyzwyczajone raczej do wznioślejszych przeżyć podniebienie?

Wyszliśmy na ulicę. Ale cicho. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić.

– Teoretycznie mam jeszcze kartę miejską. Ja się pytam, na co idą moje piniądze?

– Musisz napisać do MPK.

– Szkurwa. Krops. Powiedz ty mi, zbijamy stąd jutro? Mamy prawie wszystko.

– Noo, pasowałoby. Ale spoko się było przejechać.

Niedługo doszliśmy na miejsce. Po co brać auto, pogoda robiła się ładna, smogu już prawie nie było. Poszliśmy prosto na dach. Nazywaliśmy to robieniem Makłowicza. Gotowanie na świeżym powietrzu, z widokiem na Kraków. Pod pewnymi względami bywało w życiu znacznie gorzej.

Zostało nam jeszcze trochę drewna, garnek był na swoim miejscu. Mieliśmy wszystko, co potrzebne, tylko trzeba było obrobić ptaki. Jedną z zasad jaką wprowadziłem i jakiej z dumą trzymałem się w związku była ta, że to ja kroję mięso. Kasia raz miała faceta, który się tego brzydził i kazał jej oczyszczać kurczaka czy coś takiego. Odnosiłem więc raz po raz swoje wzmacniające ego zwycięstwa nad drobiem i wznosiłem się na wyżyny męskości, atawistycznie, acz finezyjnie siekając doczesne szczątki różnych zwierząt. Byliśmy razem szczęśliwi. Raz na czas przychodzą mi do głowy takie skojarzenia. Dzięki temu mniej skupiam się, na przykład, na flakach gołębia, panie, świeć nad jego duszą. Jako tako go oczyściłem. Nie musi być idealnie. Podsmażyliśmy go z jakimiś resztkami znalezionych przypraw. Miałem jeszcze trochę kaszy przy sobie i wyszło z tego prawie znośne, prawie kaszotto. Zawsze byłem fanem potraw jednogarnkowych, ale sprawa jest taka, że mięso ma bardzo wyrazisty smak, tym bardziej jeśli ten smak nie ma za bardzo z czym konkurować. Jakby zapytać  kiedyś przeciętnego krakusa, jak myśli, jak smakowałby gołąb, pewnie jego odpowiedź oscylowałaby wokół przedmiotów takich jak gumowy klapek utaplany w błocie z budowy. Nie wiem czy aż tak źle, ale nie można powiedzieć, żeby smakował dobrze. W końcu te zwierzęta nie mają najlepszej diety, powietrze też idealne nie było. Ale nie ma co narzekać.

– Nie dałeś mi w końcu tej książki.

– Wiem. Mam ją na dole. A mój miecz?

– Możemy jutro podjechać. Naprawdę chcesz ten miecz?

– Czemu nie? To mój prezent na urodziny.

– Dobra, to wezmę swoją szablę i możemy się z leksza ponakurwiać.

– Stare dobre czasy.

– No nie?

Zapadał zmrok. Zaczęły pojawiać się gwiazdy. Przyznaję, bywam sentymentalny. Owinęliśmy się kocami jak dwa pagurki porośnięte połyskliwym mchem. Jak widok z innego świata. Tęsknię za tatą, za Bubą, za Kasią. A szlag by to jasny trafił.

Rzuciłem kamień z całej siły przed siebie. Zadudnił o blachę, a dźwięk poniósł się echem wkoło.

– Ty chory pojebie, zadzwonię na policję i wsadzą cię za niszczenie mienia publicznego!

– Krops! Ty wiesz co by siadło teraz? Piwo.

– Oj, piwo…

– Nie trafisz.

Rzucił. Też nie trafił. Powybijaliśmy tam prawie wszystkie okna w zasięgu rzutu. Dobra zabawa, podnosi sprawność motoryczną, celność, koncentrację, pokorę. Rozwija ducha i ciało, daje możliwość nieskrępowanego wyrażania uczyć w kontakcie z własnym ciałem. Powinni to byli stosować w ramach zajęć terapeutycznych.

Siedzieliśmy na dachu, owinięci w koce. Gołębie trawiły się już pewnie w naszych żołądkach. Czułem jak drętwieje mi tyłek, ale nie chciałem nigdzie się ruszać. Ani przerywać ciszy. Noc wisiała nad nami, otulała nas, podziurawiona światłem. Była w tym wszystkim jakaś harmonia.

– Nie zrobiłem się przez to bardziej religijny.

Nie odpowiedział. Usiadłem ostatnio w konfesjonale w kościele Mariackim. Nigdy nie siedziałem w konfesjonale po tamtej stronie. To było trochę perwersyjne, czułem się jak intruz i nie mogłem wysiedzieć nawet minuty. Zawsze lubiłem kościoły, szukałem tam ciszy, lubiłem usiąść i patrzeć jak zachowuje się przestrzeń. W zależności od tego, jak był zbudowany, albo stała, albo wirowała, albo zasysało ją do góry. Serio. Ale w tym konfesjonale poczułem się nieswojo. W ogóle w kościele. Może kiedy wszędzie wokół było cicho, nie potrzebowałem już zamykać się, szukać izolacji. Teraz moja bańka introwertyka miała kilka czy kilkanaście kilometrów średnicy. Byłem samotnym panem przestrzeni. Mogłem gadać z Bogiem gdziekolwiek.

– Krops, czy kiedy położymy już fundamenty nowej cywilizacji, postawimy sobie pomniki?

– Wiśniowski, ciebie już do reszty popierdoliło.

– Wiem. Mój będzie spiżowy. Horacy chciał trwalszy, ale ja jestem skromny, prosty chłopak z Bochni. Ale nie postawię go na rynku, bo tam stoi Kazek. Zbuduję sobie nowy rynek.

Krops się zaśmiał. Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Nie było co mówić. Wiedzieliśmy w miarę, co myślimy, czego pragniemy i za czym tęsknimy. Jedyne co nam pozostało to zanurzanie się w codzienności przerywane próbami zakpienia z niej, rzucania jej wyzwania kiedy akurat nie patrzy, jak dziecko robiące miny do nauczyciela, ale tylko kiedy ten stoi do niego plecami.

Następnego dnia zabierzemy rzeczy i wrócimy do siebie. Weźmiemy się do roboty. Jakby nie patrzeć, koniec świata okazał się najbardziej prozaiczną rzeczą. Odarł nas z odrobiny komfortu i zmusił do pogodzenia się ze stratą, to prawda. Chyba brakuje mi w tym wszystkim jakiejś wzniosłości. A może nie tyle brakuje mi, co sam ją utraciłem i nie wiem skąd miałaby pochodzić. Zostaliśmy pustelnikami. Literaturę, intymność i aspiracje życiowe zredukowaliśmy do spania, srania i żartów na temat koszerności następnego obiadu. Prawdziwa twarz przetrwania. Chyba robię się zgorzkniały.

Przed pójściem spać staję jeszcze na ściance attykowej. Pode mną jakieś 20 metrów powietrza i 20 centymetrów kostki, która niechybnie odesłałaby mój wspaniały aparat poznawczy w samo oko niebytu. A w górze Wielki Wóz. Owoc milionów lat ewolucji, stoję na dachu i dostrzegam wzorce w jasnych punktach na niebie. Wdycham długo powietrze. Odwracam się do Kropa.

– Kima, nie?

– Kima.

Kwiaty dla Słowika

Wchodzę do pokoju.

bum, bum, bum

Od samych drzwi słyszę rytmiczne uderzenia, nie widzę jednak ich źródła. Wszędzie tłoczy się masa ludzi, ale wydaje mi się, że na środku jest nieco luźniej. Podchodzę bliżej i rzeczywiście, tłum się nieco przerzedza. Docieram do czegoś na kształt sceny, gdzie siedzi facet i wali zdechłą rybą w bęben. Śmierdzi od niego rybą i dźwięk jest irytujący, więc przeciskam się jeszcze raz przez ludzką masę i idę dalej.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

Nadal słyszę ziomka od ryby, w tym pokoju dla odmiany jest pusto, więc jeszcze z echem. Ściany wyglądają na powykrzywiane. Pewnie na szybko robili i nierówno położyli regipsy. Poza tym w sali jest pusto, żadnych eksponatów, żadnych zwiedzających. Nie zastanawiam się nad tym i idę dalej.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

Tym razem coś ciekawszego. Na środku stoi pani z cyckami na wierzchu, gapi się na nią jakiś dziadzio i się ślini. Nie jestem pewien czy dziadek jest częścią dzieła, czy tylko widzem. Pani całkiem ładna, więc przystaję na chwilę żeby popatrzeć. Dziadek nie zwraca na mnie uwagi, ale i tak czuję się przy nim nieswojo. Słyszę za sobą jakieś dźwięki, do pomieszczenia wchodzi grupka japońców ćwierkając coś do siebie. Przyleciał za nimi słowik i też ćwierka. Azjaci, jak to Azjaci, robią zdjęcia, cyckom, dziadkowi i ślinie. Po chwili również słowikowi.

Zrobiło się dziwnie, więc wychodzę.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

Orientuję się, że poprzednio nie słyszałem ryby, pani mnie rozproszyła i nie zwróciłem uwagi. Teraz znowu słychać, trochę mi szkoda zwierzęcia, ale co tam. Ziomek kupił rybę żeby nią walić w bęben to nich wali, jego prawo.

Kolejne pomieszczenie jest prawie całkiem puste. Na środku leży tylko dywan, a w kącie pies robi kupę. Dobrze, że nie na dywan, myślę. Pies kończy i pyta czy miałbym może papier pożyczyć. Nie mam, więc przepraszam i wychodzę, nie chcąc mu więcej przeszkadzać.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

W tej sali niewiele widać, wszędzie wisi pełno papierowych firanek, albo czegoś podobnego. Gdy się między nimi przeciskam przylatuje słowik i siada mi na ramieniu. Pewnie ciężko mu latać w takich warunkach. Prawdopodobnie w podzięce za transport ćwierka mi do ucha zagłuszając nieco rybę. Jestem mu wdzięczny, bo ryba zaczyna mnie już poważnie irytować. Pomiędzy firankami zderzam się z kartonowym wielorybem. Przepraszam go, ale mi nie odpowiada. Pewnie nawet nie poczuł, ani nie usłyszał. Po długich zmaganiach wyplątuję się wreszcie z papieru. Tyle go tu wisi, a psu by się pewnie przydał, tyłek by miał chociaż czysty. Spoglądam przez ramię, ale nie chce mi się wracać żeby mu o tym powiedzieć. Trochę mi z tym głupio, ale pewnie już sobie jakoś poradził. Może nawet znalazł tą salę.

Wchodzę do kolejnego pokoju.

bum, bum, bum

Głowa mnie już boli. Skarżę się słowikowi. Odpowiada, że jego też. Chce żebyśmy stąd spadali. Zgadzam się bez namysłu, to nie jest dobre miejsce, na mieście będzie przyjemniej. Przeskakuję rzeczkę moczu płynącą przez środek pomieszczenia i szukam tabliczek prowadzących do wyjścia. Wychodzimy szybko przez drzwi ewakuacyjne. Gdy tylko ryba przestała walić od razu mi lepiej.

— Może kwiatka dla ptaszyny? — pyta mnie przechodząca babuszka. W rękach trzyma bukiet przywiędłych róż.

Uśmiecha się do mnie bezzębnym uśmiechem, w jej mniemaniu prawdopodobnie zachęcająco. Odmawiam, więc odchodzi. Patrzę na słowika. Może chciał tego kwiatka? Nie wiem czy chciał. Po co słowikowi kwiatek? Zastanawiam się, ale słowik nie wygląda na zainteresowanego roślinkami, więc daję sobie spokój.

Spacerujemy przez chwilę ulicami. Całkiem spoko ten słowik myślę patrząc na jego niewielką sylwetkę obok. Coś poćwierka, coś poskacze, nic nie rozumiem, więc nawet jak mnie obraża to mi nie przeszkadza. Zapraszam go na piwko. Zgadza się chętnie i idziemy do baru.

— Może kwiatka dla ptaszyny? — pyta barman wskazując na jakieś badyle przy ladzie. Odmawiam odruchowo i zamawiam dwa piwa. Siadamy przy stoliku i w milczeniu sączymy napój.

— Chciałeś tego kwiata? — pytam w końcu, przerywając ciszę.

Słowik patrzy na mnie. Chyba nie zrozumiał o co mi chodzi. Ja tam wolę piwo od kwiatków, więc uznałem, że on też. Tyle, że to słowik. Kto zrozumie słowika? Oboje wypiliśmy po piwie. Pytam czy chce drugie. Słowik ćwierka w odpowiedzi, więc pewnie chce. Zastanawiam się gdzie on to mieści, skubany jeden?

Wychodzimy po drugim piwie. Płacę za siebie i za słowika. Widać, że mu z tym głupio, ale pewnie nie ma kasy bidulek.

— Może kwiatka dla ptaszyny? — Tym razem to jakiś bezdomny siedzący pod murem. Koleś ty nawet nie masz żadnej roślinki w pobliżu. Zostawiam go bez słowa.

Pytam słowika czy do mnie wpadanie na mieszkanie. Odpowiada, że musi lecieć, ale że jutro albo pojutrze najpóźniej i że w ogóle na pewno. Żegnamy się więc i słowik odlatuje. Patrzę za nim dopóki nie zniknie mi z pola widzenia. Tracę chwilę na otrząśnięcie się z zamyślenia i wracam do domu. Po drodze spotykam rybę z obitą mordą. Zabrałbym ją do domu, ale co mi ze zdechłej ryby? W ogóle to nie lubię ryb. Wolę słowiki. Nie lubię wciskania mi zwiędłych kwiatów. Nie lubię powierzchowności. Nie lubię ostentacji. Nie lubię obojętności. Nie lubię kartonowych wielorybów. Wolę psy, które nie srają na dywan i chcą mieć czysty tyłek.